LCGeek #2: Świt Żywych Karcianek

W przypadku karcianek kolekcjonerskich recepta na sukces wydaje się „banalnie prosta”, wystarczy zainteresować potencjalnych odbiorców sprawnie działająca mechaniką, przyprawioną szczyptą intrygującego uniwersum, a wszystko to okrasić cieszącymi oko grafikami.
Słyszycie już szum ochoczo wzbierających fal? Oto gracze-kolekcjonerzy niczym woda puszczają w obieg finansowy młyn wydawnictwa…

Złe dobrego poczatki

Z podobnego założenia wyszło jak sądzę amerykańskie wydawnictwo Fantasy Flight Games, wydając w 2002 roku swoją pierwszą karciankę kolekcjonerską A Game of Thrones. Gra spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem, nie tylko ze strony fanów prozy Georgea R. R. Martina, ale również wśród szeroko pojętych pasjonatów gier karcianych. Sukces pierwszej poważnej serii skłonił FFG do rozpoczęcia prac nad kolejnym tytułem, który ostatecznie ujrzał światło dzienne w roku 2004. Call of Cthulhu: Collectible Card Game bazowało na uzyskanej dzięki współpracy z wydawnictwem Chaosium  licencji znanej gry fabularnej, a przede wszystkim na dorobku literackim Howarda Phillipsa Lovecrafta. Obie wspomniane serie są w dalszym ciągu kontynuowane i wspierane dodatkami, co samo w sobie daje obraz marki jaką FFG wypracowało przez lata. Ale po kolei…
Początkowo karcianki FFG od strony sposobu wydawania, nie różniły się specjalnie od innych obecnych w tym okresie na rynku. Otrzymywaliśmy zawierające 240 kart zestawy startowe, które mogliśmy (a domyślnie – powinniśmy) uzupełniać dokopując 11 kartowe boostery (czyli pakowane w folię  paczki losowo dobranych kart). W ten sposób obie linie sprzedawano, aż do przełomu 2007 i 2008  roku, wtedy to dla wielu graczy (lecz jeszcze nie dla mnie) nastąpił przełom …

Stara krew w nowe żyły

W 2007 roku FFG zapowiedziało drastyczną zmianę profilu wydawniczego swoich karcianek; słowem żegnaj CCG – witaj LCG.
LCG, czyli Living Card Game miało w założeniach zaradzić uciążliwościom generowanym przez kolekcjonerski format CCG (a znając życie spadającej sprzedaży karcianek FFG – mój domysł). Nie dajmy się jednak zwieść słodkim oczom szefostwa FFG, nadal byli wydawcami i swą pionierską decyzje wprowadzili w życie dość ostrożnie. Dotychczasową bazę kart zebrano i po zapewne wnikliwych naradach pogrupowano w pakiety. Pierwszy najbardziej obszerny nazwano „Zestawem Startowym/Podstawowym”, w obu przypadkach dawał szansę na zapoznanie się z grą i przyjemną zabawę przygotowanymi przez wydawcę taliami, nadal jednak nie było mowy o układaniu talii wykorzystując tylko jeden taki zestaw. Największą zmianą w stosunku do CCG była całkowita rezygnacja z boosterów na rzecz predefiniowanych dodatków wydawanych w cyklach tematycznych oraz dużych rozszerzeń pojawiających się zazwyczaj raz na rok.
Na cykl składało się w tamtym czasie 6 dodatków, każdy z nich zawierających 40 kart, a w tym 10 wzorów po jednej sztuce i 10 w trzech kopiach. Wiecie już co maiłem na myśli pisząc o ostrożnym wprowadzaniu nowej formuły na rynek. Najczęściej silne i mocno pożądane karty do pudełeczka pakowano tylko w jednej kopii. Podsumowując – wiedzieliśmy, jakie wzory kart dostaniemy w dodatku – co samo w sobie było krokiem naprzód i naprzeciw wymaganiom graczy (a przede wszystkim ich portfeli), ale nadal chcąc grac turniejowo lub zwyczajnie lepiej panować nad talią, byliśmy zmuszeni do wymian lub kupowania kilku kopii tego samego dodatku. Nie, jeszcze mnie nie macie FFG!

Trójka – liczba magiczna

Zdobywszy kolejną chodliwą licencję – uniwersum Warhammer –  FFG nie próżnowało i w 2009 ogłoszono trzecią już karciankę, tym razem sprzedawaną od początku w formacie LCG. Warhammer: Invasion szturmem (tytuł zobowiązuje) podbił serca graczy, nowa forma sprzyjała zakupom również wśród mniej majętnych graczy oraz osób nie zainteresowanych deckbuildingiem – słowem wszystkich, którzy z jakiś przyczyn stronili od demona CCG. FFG przekonało się, że „Żyjące Karcianki” to strzał w 10 i w rok po premierze swojego trzeciego dziecka zdecydowało się przypuścić kolejny atak na portfele niezdecydowanych. Tym razem poległem …
Cięcie było proste i precyzyjne – od teraz każdy mały dodatek dostaje 20 wzorów kart, każda w trzech kopiach (lub w innej, określonej jako maksymalna możliwa w talii, liczbie). Koniec wymieniania, kupowania kilku sztuk. Zwyczajnie raz w miesiącu zamawiamy sobie pudełeczko i mamy dokładnie takie same możliwości, jak każdy inny gracz na świecie.  Karcianki kolekcjonerskie, jeszcze nigdy nie były tak blisko zwykłego śmiertelnika…

I tu część historyczna dobiega końca. Mógłbym snuć dalej opowieść o tym, jak to w ofercie pojawiały się kolejne tytułu, ale w założeniu nie jest to cykl poświęcony historii FFG, toteż ucinam w tym miejscu wątek.
Ucinam, gdyż dotarłem do punktu, w którym LCG pod względem wydawniczym znajdują się do dziś (szczegóły dotyczące sposobu wydawania, typu i ilości dodatków dla konkretnych serii opiszę w kolejnych wpisach).
W trzeciej części cyklu przedstawię Wam podstawowe zalety płynące z przyjęcia tego formatu – zebrane w jednym miejscu i podane w przejrzystej formie. Skupię się na wykazaniu zalet, dzięki którym LCG jest formatem atrakcyjnym dla zróżnicowanej grupy odbiorców.

Zindoktrynowany przez FFG

Pozdrawiam

Adam

  • Galatolol

    „Ucinam, gdyż dotarłem do punktu, w którym LCG pod względem wydawniczym znajdują się do dziś.” Przecież nastąpiły zmiany w wydawaniu CoC i chyba GoT.

    • pelnaparaZnadPlanszy

      Tak. Miałem na myśli, że nareszcie wszystkie dodatki dostają komplet kart. To jak wygląda wydawanie dodatków co do ilości i typu zostanie rozwinięte dalej.

  • jaroslawczajaZnadPlanszy

    Czekam na kolejny odcinek.

  • Pingback: Pełną parą | LCGeek #7: Podsumowanie sezonu I & konkurs ZnadPlanszy.pl()