Przebiegłe Wielbłądy – Pustynny bukmacher

Pistolet sygnałowy poszybował w górę – huk, wrzask i ruszyły…
– Proszę państwa cóż za emocje! Dziś pod gizyjską piramidą jest wyraźnie goręcej niż zwykle, a to dopiero pierwsza gonitwa w tegorocznym Grand Prix!
Mamy już jednak swoich faworytów. Nie zdradzę swoich typów, ale w kuluarach mówi się o świetnej formie Czerwonego Kąsacza. Z drugiej strony prasa branżowa – w tym sam „Word of Humps” – podkreśla znaczny wzrost formy Żółtej Błyskawicy – czyżby powrót na piedestał po 2 latach przerwy?
– Abedin, skończ klekotać – nikogo tu nie interesują twoje typy! Tam na dole dzieje się już naprawdę sporo! W tej Chwili Niebieski Skoczek wykonał piękne podwójne salto na grzbiet błyskawicy, dając sobie tym samym świetną pozycję, by atakować czołówkę!
Farid, Skoczek nie ma szans; doskonale wiemy, o jego niezrównoważonej naturze – zawsze opada z sił pod koniec wyścigu. Czarnym koniem może tu być Biały Pył – spójrzcie tylko – łyknął wody i już jest w czołówce!


Wszelkiego rodzaju wyścigom towarzyszą zazwyczaj wielkie emocje – doskonale pamiętamy to z niedawnej jeszcze „kubicomanii”, a przecież to jedynie rodzimy wierzchołeczek góry, jaką jest grupa sportów, opartych na tego rodzaju rywalizacji. Również pośród gier planszowych znajdźmy tytuły bazujące na tym temacie – PitchCar, Formula D, czy Snow Tail. Wymienione gry w ten lub inny sposób pozwalają wcielić się nam w jednego z uczestników wyścigu. W odróżnieniu od nich Przebiegłe Wielbłądy koncentrują się na innym aspekcie sportu – obstawianiu wyników.
Na pustynnej trybunie nie jesteśmy więc zawodnikiem, a obserwatorem, który na podstawie odbywającej się gonitwy stara się ugrać dla siebie jak najwięcej grosza. Nie jest to zadanie łatwe, lecz wiemy już, że wydawnictwo LucrumGames postawiło na odpowiednią kartę (tzn. wielbłąda) wydając ten tytuł w polskiej edycji. Nie tak dawno Przebiegłe Wielbłądy otrzymały tytuł Gry Roku 2014 (SDJ ’14), a to już powinno coś znaczyć. Pozostaje nam sprawdź, czy gra w istocie jest tak udana, czy też gonitwa była „ustawiona”?

 Na łeb na szyję

Chcąc pobawić się w wielbłądzi hazard musimy wpierw zapoznać się z jego – w gruncie rzeczy prostymi – zasadami. Zmagania przebiegać będą na planszy przedstawiającej tor wyścigowy (wytyczony wokół piramidy) oraz pobliskie trybuny. W czasie rozgrywki piątka kolorowych ssaków okrąży ów starożytny grobowiec, my zaś postaramy się wytypować zwycięzce, przy okazji pomagając nieco faworytom lub spowalniając zwierzaki obstawiane przez przeciwników –  nikt nie mówił, że to czysty sport.

Przygotowawszy zawodników na linii startu (lub nieco poza nią – w przypadku szczególnie rozbrykanych sztuk), otrzymawszy startowe monety, karty typowania oraz żeton pustyni – możemy zaczynać…
Oj czyżbym się nieco zagalopował? Ah faktycznie – nie napisałem nic o funkcji tajemniczej piramidy, która dumnie stoi na środku planszy. Ów fantastycznie wykonany gadżet czuwa nad podstawowym dla gry elementem – zarządza pulą kostek, które odpowiadają poszczególnym wielbłądom, tym samym wprowadza do zabawy niezbędną losowość. To dzięki niemu baktriany ustawiają się na linii startu oraz poruszają w trakcie gry. Każdemu zwierzakowi przypisano kostkę w odpowiadającym kolorze, na której ściankach widnieją numerki 1-3 . Za każdym razem, gdy obracamy piramidę celem losowania, wypada dokładnie jedna taka kość – określając wartość ruchu i kolor wielbłąda. Sprytne rozwiązanie, które zwykłemu rzutowi nadaje sympatyczną otoczkę i zabawny ceremoniał.

Skoro wiemy już co i w jaki sposób generuje w Przebiegłych Wielbłądach losowość, możemy zapoznać się z możliwościami, jakie stoją przed każdym z grających. W swojej turze gracz może wykonać jedną z 4 akcji – pogonić wielbłądy, namieszać nieco na torze wyścigu, obstawić zwycięzcę etapu lub całej gonitwy. Wybierając akcję poganiacza łapiemy za piramidę, losując kość zgodnie z opisaną wyżej formułą. Otrzymawszy wynik czas na aktualizację stanu wyścigu – to tu pojawia się najciekawszy element gry. Otóż, jeśli wylosowany wielbłąd miałby w swoim ruchu stanąć na zajętym polu, miast kulturalnie zatrzymać się obok kolegi – wskakuje mu na grzbiet! Analogicznie jeśli ruszyć miałby wielbłąd, który niesie już kolegę lub kolegów na garbie, rusza cała grupa akrobatów. Takie rozwiązanie i fakt, że to zwierz na szczycie najdalej wysuniętej grupy jest uznawany za prowadzącego, sprawiają iż zwycięzca bardzo często jest niepewny aż do ostatnich minut wyścigu.

Gdyby jednak gra nie pozwalała na „pomaganie” naszym pupilom w zmaganiach – wynik byłby niemalże czysto losowy, a wytypowanie czegokolwiek ograniczałoby się do porównywania już wylosowanych kostek z pozycją konkretnych wielbłądów w grupach. Tutaj na przeciw wychodzi nam kafelek pustyni – dzięki niemu napoimy spragnione zwierzaki dodając im sił lub zmylimy na trasie niebezpiecznych przeciwników, faworyzując tym samym obstawionych uczestników. Działanie kafelka jest proste – umieszczamy go na planszy na wolnym i niesąsiadującym z innym kafelkiem polu. Do wyboru mamy stronę przedstawiającą źródełko lub fatamorganę, które wymuszają dodatkowy ruch wielbłąda – odpowiednio w przód lub tył. Nie raz namieszamy podkładając pod nogi garbatych ssaków ów niepozorny kwadracik. Co więcej, fatamorgana jako jedyna – cofając grupę biegaczy – umieszcza je pod tymi, które wcześniej zajmowały pole, na które się wycofujemy. Już się zgubiliście? Ja podczas rozgrywek zbierałem szczękę z podłogi obserwując, jak mój faworyt dostaje w prezencie 3 kolegów na grzbiet … Można zbaranieć, tzn. zwielbłądzieć.

Mówiąc o faworytach wypada wyjaśnić, jak możemy ich typować. Otóż cały wyścig składa się z etapów, te zaś kończą się, gdy ostatnia z pięciu kostek zostanie wytrzęsiona z piramidy, czyli innymi słowy w momencie, gdy każdy z wielbłądów wykona ruch. Pomiędzy tymi ruchami, analizując sytuację na torze, możemy typować zwycięzcę etapu. Ciągniemy wtedy wierzchni kafelek w kolorze odpowiadającym obstawianemu zwierzakowi. Im wcześniej wytypujemy, tym więcej złota otrzymamy – jednak jak się domyślacie, przy tak diametralnych zmianach w czołówce, szybkie obstawianie to ryzyko. Nasze przeczucie spieniężamy pod koniec etapu – otrzymując nagrody lub kary w zależności od trafności strzałów. Następnie -bogatsi lub biedniejsi – rozpoczynamy kolejny etap i tak, aż do mety.

Nim jednak szalone baktriany dotrą do końca wyścigu, zapewne zechcemy zagrać o najwyższą stawkę – typując zwycięzcę i największą ofermę wyścigu. Do tego posłuży pięć kart – po jednej na każdego wielbłąda. Odkładane na odpowiednie miejsca planszy zostaną rozpatrzone pod koniec gry (w kolejności umieszczania), dając nam sporo dodatkowych punktów lub uderzając po kieszeni. Tak czy inaczej emocje opadną, a my bogatsi o kartonowe monetki udamy się do boxów, by pogratulować drewnianemu czempionowi.

 

O czubek kopyta

Przebiegłe wielbłądy pędzą tak szybko, że czasami trudno mi było za nimi nadążyć. Tempo zmian w czasie wyścigu jest na tyle intensywne, że w stosunku „gra – zabawa”  szala delikatnie przechyla się w kierunku tej drugiej. Mam tu na myśli poziom w jakim możemy zapanować nad rozgrywką – owszem szacowanie prawdopodobieństwa daje nam jakieś szanse, ale jednak to los ma tu decydujący głos (o nawet do rymu). To gra, której nie da się przeliczyć- można jedynie szacować zyski/straty z pewną dozą prawdopodobieństwa (szczególnie, gdy część kości opuściła już piramidę) – tylko tyle i aż tyle. Czy jednak jest to jej wada? Nie, jeśli jesteśmy świadomi jej familijno-imprezowego charakteru. Trudno wymagać od gry stawiającej przede wszystkim na szaleńcze zwroty akcji, by nagle stałą się partią szachów. Owszem, możemy czuć się poirytowani, gdy na przekór wszelkim szacunkom wypadł ten jeden jedyny, nieszczęśliwy dla nas wynik, lecz jest to część bukmacherskiego światka – gdzie czasem losowe zdarzenie może niekorzystnie odbić się na naszej kieszeni.

Nie bez znaczenia dla samej gry pozostaje liczba graczy zasiadająca przy stole. Zasadniczo reguła jest prosta – im więcej graczy tym losowość robi się trudniejsza do opanowania. Stąd też preferujemy rozgrywki w gronie 3-4 osób, kiedy to karty obstawiania etapów nie znikają zbyt szybko, a gracze nie unikają rzutu kością. Zabawa w dwie osoby jest możliwa, lecz w bezpośredniej konfrontacji lekki charakter gry ustępuje miejsca negatywnej interakcji i elementom taktyki. Co kto lubi, a jak wynika z naszej obserwacji rodziny i starsze dzieci świetnie bawiły się w dowolnym układzie graczy.

Oaza

Mimo pustynnego tematu zawartość pudełka Przebiegłych Wielbłądów to prawdziwa planszówkowa oaza. Grafiki są kolorowe i zabawne, jakość wykonania elementów tekturowych prezentuje wysoki „niemiecki” poziom, a drewniane zwierzaki robią furorę wśród młodszych i starszych. Dodajmy do tego zmyślny mechanizm piramidy, który ze zwykłego rzutu drewnianymi kostkami czyni wydarzenie podobne co najmniej do sprawdzania wyników lotto. Za to należy się wydawcy spory plus, gdyż tajemnicza piramida i drewniane wielbłądy przyciągają najmłodszych do planszy jak oaza zmęczonych wędrowców.

Podsumowanie

Gonitwa dobiegła końca, zziajane zwierzaki popędziły do boksów, a widzowie ustawiają się w kolejkach po odbiór wygranych lub złorzeczą na słabą formę swoich faworytów. Gdzie w tym tłumie stoi pełna para? Jakie uczucia wzbudził w nas tegoroczny zdobywca Spiel des Jahres?

Ponownie musimy tu rozgraniczyć spojrzenie growego wyjadacza od grupy docelowej, którą są przede wszystkim rodziny i dzieci. Dla tych ostatnich wielbłądy będą fantastyczną, pełną niespodzianek zabawą, przy której – podejmując kilka decyzji – miło spędzą dłuższą lub krótszą chwilę. Natomiast dla gracza jest to tytuł bardzo lekki, okraszony pewną dozą zasad, lecz mimo to pozbawiony wyraźnej decyzyjności. Owszem mamy kilka akcji do wyboru, lecz w zasadzie chcąc skupić się na grze (wygranej) musimy „jedynie” starać reagować na ruch przeciwnika i w odpowiednim momencie pobrać płytkę. Spodziewałem się nieco większej decyzyjności i czegoś co urozmaici przebieg partii. Ta niewielka zawartość „gry w grze” jest dla mnie jedynym minusem Wielbłądów, gdyż nie mogę zaprzeczyć, że w kategoriach zabawy spisują się świetnie.

Jak zatem ocenić ten tytuł? Czy nagrodę przyznano niezasłużenie? Patrząc na ogólną tendencję SdJ wydaje mi się, że nie. Wielbłądy to miły pierwszy stopień, a właściwie próg do świata planszówek i jako taki zasługuje na uznanie. Ważne, by być tego świadomym i przez przypadek nie potknąć się w biegu.

  • WYKONANIE: 10/10

    + solidne wykonanie (grubość tektury, bardzo dobra jakość planszy)
    + zabawne, cieszące oko grafiki w żywych kolorach
    + elementy drewniane (wielbłądy!)
    + woreczki strunowe i zapasowe gumki w zestawie

  • MECHANIKA: 7/10

    + bardzo proste zasady – zwięzła instrukcja
    + udane wprowadzenie w planszówki
    + ciekawe podejście do tematyki wyścigu
    + emocjonująca zabawa …
    – … wśród której nie każdy odnajdzie grę
    +/- specyficzne skalowanie

  • OCENA 7,5*/10

    Godząc się na losowość i lekkość Przebiegłych Wielbłądów otrzymujemy sporą dawkę zabawy, która przyciągnie do siebie zarówno dzieci jak i dorosłych, oferując łatwe do wytłumaczenie zasady i szybką rozgrywkę. Debiut wydawniczy LucrumGames to udany prezent dla niegrających znajomych lub rodzin, chcących wprowadzić dziecko w świat gier. Efekt murowany – wszak w takim pędzie nikt nie zdąży spojrzeć darowanemu wielbłądowi w zęby.

    * -1,5 „oczka” jeśli spoglądasz na ten tytuł jedynie z perspektywy gracza ceniącego sobie decyzyjność.
    * +0,5 „oczka” jeśli kupujesz grę tylko z myślą o wspólnej zabawie.

Dziękujemy wydawnictwu LucrumGames za przekazanie gry do recenzji.

 

 

 

0 Udostępnień