KONKURS: Gwiazdka z Pełną Parą – Edycja 2015

Jedenaście długich miesięcy, dziesiątki podbiegunowych dni i nocy … W dobie internetu i wszędobylskich sklepów wysyłkowych, nasz poczciwy Święty ma coraz mniej roboty. Nawet wziąwszy pod uwagę odpisywanie na Wasze listy i rzetelną inspekcję choinkowych zagajników, zostaje mu cała masa wolnego czasu. A cóż lepszego można robić w ciągnące się leniwie wieczory, jeśli nie grać w planszówki?!

Czytaj więcej

Świąteczny poradnik prezentowy PełnejPary – Edycja 2015

Do premiery siódmego epizodu STAR W…, tzn do gwiazdki, pozostał niespełna miesiąc.
To zatem najwyższa pora, by czym prędzej wypełnić szafy prezentami!
Jak co roku, chcąc ułatwić Wam to zadanie, śpieszymy z kolejną odsłoną poradnika prezentowego.
Niech przeglądanie go przebudzi w Was moc świątecznej hojności! Czytaj więcej

Pimp My Boardgame – Cyclades

Przy aktualnej popularności planszówek, oficjalne dodatki to dla wielu pasjonatów zbyt mało. Najbardziej oddani fani, potrafią włożyć w ulubiony tytuł nie małą gotówkę, by ten wyglądał lepiej lub też, aby rozgrywka weń stała się bardziej wygodna. Mamy zatem specjalne stojaki na karty, uchwyty dla paneli postaci, maty itd. Osobną kategorią są tu zamienniki elementów samych gier – niejednokrotnie prezentujące się znacznie okazalej od oryginału. 

Dziś, na przykładzie jednej z naszych ulubionych serii, pokarzemy jak takie „tuningowanie” planszówki wygląda w praktyce. Czytaj więcej

Gra o Tron: Gra karciana (LCG) – Klękajcie (na)rody Westeros!

Przeglądając piętrzące się na półkach gry, czasami zadaję sobie pytanie – ile razy w nie zagrałem? 5, 10, a może 15? Przy kolekcji sięgającej grubo powyżej setki to całkiem niezłe wyniki. Jest jednak pewien gatunek, który od początku zajmuje szczególne miejsce w moim geekowskim sercu, zagarniając sobie znacznie więcej czasu i uwagi, niż jakakolwiek inna pozycja. Mowa o Living Card Games, czyli w skrócie LCG. Tak, tak – nie sądzę bym czymkolwiek Was zaskoczył, wszak to właśnie przy publikowanym lata temu cyklu LCGeek poznaliśmy się nieco lepiej. Informuję zatem, że od tamtego czasu zdążyłem dwa razy rozstać się z kartami, a następnie ponownie wpaść po uszy w „nałóg”, co dobitnie przekonało mnie, że tak chyba już być musi i od karcianek nie ucieknę (chociaż mój portfel bardzo by tego chciał).
Ostatecznie stanęło na tym, że jedynym LCGem o żelaznej pozycji w kolekcji pozostał Star Wars, jak się jednak okazuje do czasu … Czytaj więcej

Colt Express – Napad na pociąg „Wyobraźnia”

Jestem w stanie założyć się, że większość z nas grywała w dzieciństwie w jakąś formę memo. Sam również posiadałem mocno sfatygowane pudełeczko, którym regularnie katowałem wszystkich wokół, udowadniając jaką to niezawodną pamięcią mogę się pochwalić.  Dziś to samo pudełko, zbiera kurz w szafie obok innych pamiątek z dawnych lat, jednak ja nadal z przyjemnością sięgam po tytuły, których istotnym elementem mechaniki jest zapamiętywanie ruchów własnych i przeciwnika.
Czytaj więcej

Potwory w Tokio: Doładowanie – Napromieniowana (r)ewolucja!

Nigdy nie byłem wielkim fanem Kaijū i pozostałych bestii rodem z srebrnego ekranu. Sięgając pamięcią wstecz, ku produkcjom o podobnej tematyce, zdecydowanie najmilej wspominam serię Neon Genesis Evangelion, zaś wśród najnowszych dokonań nie mogę wprost doczekać się drugiej odsłony Pacific Rim. To jednam mniej więcej wszystko.
Między innymi ta obojętność na gatunek spowodowała, że swego czasu zupełnie zignorowałem serię „King of …”, pozbawiając się przy tym możliwości poznania, jednej z najlepszych gier imprezowych ostatnich lat. Na moje szczęście gusta – tak jak i wielkoekranowe monstra – mają tendencję do ewoluowania!

Czytaj więcej

Summoner Wars #6 – Przymierza, czyli wielkie zmiany w Itharii

Kamienie przywołań – znane dziś również pod nazwą okruchów pustki lub kamieni zjednoczenia, potężne, wrażliwe magicznie, artefakty z okresu Wojen Mistrzów. Wywierały silny wpływ na kulturę i demografię Itharii wieków średnich. Wedle zachowanych źródeł pisanych z tamtego okresu, kamienie te były niezwykle silnym źródłem energii, której pochodzenie do dziś jest przedmiotem sporów akademickich. Kapituła Kręgu poddaje pod rozwagę kilka teorii, wśród których najczęściej wspomina się różne wersje samoczynnej krystalizacji energii pokoniunkcyjnej […] W pismach okresu pierwszych Wojen pojawia się dość dokładny, lecz z natury rzeczy naukowo prymitywny – opis co najmniej 16 kamieni, które jakoby miały być artefaktami całkowicie unikalnymi i niezależnymi w swych mocach. W świetle dzisiejszej wiedzy teorie pierwszych badaczy należy traktować w sposób czysto historyczny, co empirycznie udowadniają wydarzenia Ery Sprzymierzonych (zainteresowanych zachęcam w tym miejscu do sięgnięcia po wielce interesującą kronikę pióra mistrza Ekharta, zatytułowaną (po wznowieniu) „Kamienne przymierza – koniec i nowy początek”). Oparłszy się na dogłębnej analizie wzmiankowanego dzieła oraz licznych własnych badaniach twierdzę, iż kamieni nie mogło być więcej niż 8, te zaś uległy – prawdopodobnie nienaturalnemu – rozbiciu i w tej połowicznej formie trafiły w ręce dawnych ludów. Kto (lub co) oraz kiedy dokonał (dokonało?) rozbicia pozostaje tajemnicą, której rozwiązanie leży wciąż poza naszym zasięgiem, gdzieś głęboko w zamierzchłej historii świata. Dziś stawiamy sobie jednak inne pytanie – jak i dlaczego doszło do ponownej syntezy artefaktów. Kto lub co odmieniło losy Wojen Mistrzów i ukształtowało podwaliny dzisiejszej Itharii?

Czytaj więcej

Empires: Age of Discovery – Okręt flagowy „worker placementów”

W przypadku gier planszowych dobra licencja, nawiązująca do uznanej serii gier wideo, filmów, czy książek potrafi zdziałać cuda, poszerzając grono potencjalnych odbiorców o rzeszę fanów pierwowzoru. Co więcej, można śmiało założyć, że spora część aktualnych planszówkowych geeków rozpoczęła swą przygodę z grami, właśnie od licencjonowanych tytułów. Dzieje się tak wtedy, gdy finalny produkt reprezentuje sobą coś więcej, niźli tylko wykupione logo znanej marki, a tak bez wątpienia jest w przypadku Empires: Age of Discovery.

Czytaj więcej

SHORT(y) #3: Space Alert – Kooperacja na kosmicznym poziomie

Szeroko pojęta kooperacja stanowi dziś jeden z najpopularniejszych typów gier planszowych. Przykładem są kolejne projekty ufundowane dzięki Kickstarterowi, nowe wersje uznanych tytułów, jak – recenzowany w zeszłym tygodniu – kościany Pandemic oraz wznowienia gier nieco starszych, które – na fali aktualnej fascynacji planszówkową współpracą – mogą na nowo zabłysnąć.

Space Alert wpisuje się w ostatnią z wymienionych grup, gdyż wydany w roku 2008, lecz pozbawiony rodzimej edycji, w naszym kraju nigdy nie wyszedł poza grupę najwierniejszych fanów. Na szczęście wydawnictwo Rebel.pl postanowiło wznowić szalony program wypadów w odległe rubieże kosmosu i to właśnie dzięki niemu zabieramy Was w testowy lot pod dowództwem kapitana Vlaady Chvátila.
Czytaj więcej

Do plecaka #19: Pandemic: Lekarstwo … na chwilę nudy

Osiem lat. Sporo czasu upłynęło odkąd sięgnęliśmy po pierwszą odsłonę Pandemica. Seria, której nowego reprezentanta przyjdzie nam dziś recenzować, zdążyła w tym okresie zdrowo namieszać na rynku gier planszowych, wliczając w to kilkuset procentowe zwiększenie zainteresowania graczy tematem kooperacji. Wystarczy – z pomocą serwisu bgg – cofnąć się do roku 2007, by spostrzec, że święcący dziś triumfy gatunek, był wtedy jedynie delikatnie zaakcentowany, a naprawdę dobre tytuły (zazwyczaj wpisujące się w „szkołę amerykańską” jak np. Arkham Horror) dało się policzyć na palcach jednej ręki.
Pandemic spopularyzował kooperację, pokazał jej inne oblicze, a przy tym doprowadził do poziomu mechanicznej elegancji, który nawet przez późniejszych twórców nie zawsze był osiągany. Seria z marszu zaskarbiła sobie bogate grono fanów na całym świecie, owocując wydaniem w wielu językach oraz szeregiem rozbudowanych dodatków. Dziś – porzucając główny, planszowy trzon – przyjrzymy się jedynej jak dotychczas produkcji pobocznej znanego cyklu, która klimat kryzysowej kooperacji stara się oddać za pomocą garści kolorowych kości. Czytaj więcej