Bajkogry – Trzy tomy dobrej zabawy

Mogłoby się wydawać, że w dobie wszechobecnych kreskówek, bohaterowie klasycznych bajek odchodzą powoli na emeryturę, że dzieci przyzwyczajane do dynamicznej akcji, nie chcą już słuchać mądrości Ezopa, opowieści braci Grimm, czy Andersena. A jednak, to właśnie klasyczne motywy – chociaż nieco zepchnięte z głównej sceny – najlepiej opierają się upływowi czasu, wracając co rusz – chociażby w postaci planszówek.
Korzystając z okazji – w związku ze zbliżającym się milowymi krokami Dniem Dziecka – postanowiliśmy połączyć te dwa, tak bliskie nam tematy, omawiając serię Bajkogry.

Gdyby jakiś czas temu ktoś powiedziałby mi, że Portal zabierze się za wydawanie gier familijnych lub przeznaczonych dla dzieci cóż, wybuchłbym śmiechem. Gdyby do tego rzeczony rozmówca dodał, że kolejnym tytułem w planie wydawniczym będą „Trzy małe świnki” – poważnie zastanowiłbym się nad jego poczytalnością. Stąd też, wciąż jeszcze przyzwyczajony do nieco cięższego kalibru produkcji gliwickiego wydawnictwa, zapowiedź linii 2 Pionki przywitałem z niemałym zdziwieniem, lecz również właściwą geekowi ciekawością, szczególnie że część prezentowanych w niej tytułów chodziła mi po głowie od dłuższego czasu. Najlepszym przykładem jest tu Seria „Tales & Games”, dzięki 2 Pionkom zaprezentowana w Polsce jako „Bajkogry”.

Jak sama nazwa wskazuje, wszystkie pozycje tworzące cykl łączą w sobie elementy znanych bajek z mechaniką gier planszowych. Obierając perspektywę gracza zaawansowanego byłem niezwykle ciekaw, czy poprzez zastosowaną mechanikę – nie przesadzając z komplikacją zasad – udało się oddać temat tytułowych opowieści. Z drugiej strony – jako potencjalny obdarowujący – chciałem zwyczajnie dowiedzieć się, czy tytuły te warte są uwagi, a jeśli tak komu przyniosą najwięcej radości. Z takim zamiarem zasiedliśmy do rozgrywek – wraz ze znajomymi oraz grupką młodszych testerów, stąd też własne wrażenia uzupełnię opiniami pozostałych uczestników zabawy.

Tom I – Trzy Małe Świnki

Różowe pudełeczku, na nim różowe świnki, a wewnątrz garść różowych kości – słowem czas na ulubioną bajkę Iwony. Oceniając jedynie po oprawie można by powiedzieć, że „Trzy Małe Świnki” to sama słodycz i zapewne prosta gra dla dziewczynek. Wystarczy jednak zagrać, by przekonać się, że znalazło się tu miejsce na rywalizację i garść wplecionej w mechanikę, właściwej bajkom mądrości.

Naszym zadaniem w czasie zabawy jest – a jakże – budowa domków, jednak tym razem – każdy z uczestników – może wznieść ich dowolna liczbę, zatem i świnek, i budynków mamy tu nieco więcej niż tytułowe trzy ;) Mechanikę budowy oparto o wspomniane już różowiutkie kości, na których ściankach wymalowano symbole dachów, drzwi i okiem (a także wilka, ale o tym za chwilę). Rzucając i przerzucając cukierkowe sześciany otrzymujemy symbole, za które kupimy konkretne elementy domków – im więcej takich samych wyników zużyjemy płacąc za element – tym wyższej będzie on jakości – tak, to właśnie w ten sposób rozwiązano znane z opowieści – słomę, drewno i cegłę.

Oczywiście budowanie rządzi się pewnymi zasadami – domek zawsze powinien zaczynać się od drzwi, a wieńczyć dachem – z ewentualnymi oknami pomiędzy, wszak to wciąż bajka dla dzieci, a nie senna wizja Salvadora Dali. W przeciwieństwie do bajki, możemy natomiast łączyć materiały, co ma niebagatelne znaczenie w momencie spotkania z wilkiem…

Skoro już o wilku mowa warto nadmienić, że pełni on w rozgrywce bardzo istotną rolę. Wspomniałem już, że kostki – prócz symboli domków – mają na swych ściankach podobiznę wilka i jeśli w przeciągu jednej rundy, zbyt wiele z nich wskaże na czarnego jegomościa, ten przyjdzie by wykonać swój popis numer pt „Chuchnął, dmuchnął, zdmuchnął”… I to w sposób całkiem dosłowny, gdyż wywabiwszy wilka z lasu dmuchamy w strzałkę specjalnego „koła fortuny”, która to wskaże jaki typ budulca, domków wskazanego gracza ulegnie zniszczeniu.

Jeśli do powyższego opisu dodamy, że im budulec lepszy, tym rzadziej pojawia się na wilczym kole, zauważymy że cała gra idealnie wpisuje się w ducha opowieści, gdzie bardziej wytrwała i lepiej rozplanowana praca (tu ujęta w szacowaniu ryzyka przerzutów) okazała się przynieść najlepszy efekt. Mamy zatem bardzo dobrze oddany sens opowieści, dość dynamiczną rozgrywkę z nutką taktycznej rywalizacji (na kogo nasłać wilka?) i proste zasady – znacznie więcej, niż można by się spodziewać po cukierkowej oprawie, prawa? By jednak nie było tak słodko należy nadmienić, że chcąc zaznać ducha prawdziwej rywalizacji, czując przy tym wilka na karku, musimy zasiąść do zabawy co najmniej w tytułowym, trzyosobowym gronie, gdyż inaczej rozgrywka może okazać się zbyt monotonna, zaś wilk nieczęsto nawiedzi nasze place budowy.

Nawiązując do rozegranych przez nas partii mogę śmiało stwierdzić, że o ile „Żółw i Zając” sprawdzał się świetnie bez względu na wiek uczestników zabawy, tak już „Trzy Małe Świnki” idealnie spełnią rolę growego łącznika – między rodzicem i dzieckiem, lecz nie porwą starszych planszówkowiczów w ich własnym gronie. Zasady są bardzo proste, losowość istotna, a rozgrywka pozbawiona elementów, które przyciągały by graczy na dłużej niż kilka partii (takich jak chociażby nutka blefu i emocje wyścigu). Stąd też tytuł ten polecam szczególnie gorąco właśnie rodzicom, którzy chcą spędzić ze swoimi pociechami kilka miłych i pouczających chwil lub wręcz przeciwnie – szukają tytułu, który zajmie dzieci w ich własnym gronie.

+ bardzo sprawnie uchwycony duch oryginału

+ dynamiczna i krótka rozgrywka

+ emocjonujące spotkania z wilkiem

+ bawi, jednocześnie ucząc rozwagi

– istotna losowość

– słaba skalowność (3 osoby to minimum)

Ocena: 8/10

Tom II – Baba Jaga

Po wesołych świnkach czas na nieco bardziej poważne tematy – rosyjską wersję opowieści o Babie Jadze. Doświadczenia z poprzednimi  odsłonami serii „Bajkogra” przyzwyczaiły mnie do tego, że w obrębie rozgrywki – całkiem wiernej duchowi poszczególnych opowieści – możemy spodziewać się nienachalnego waloru edukacyjnego, który niejednokrotnie współgra wymową załączonej do pudełeczka bajki. W przypadku Baby Jagi niestety nieco trudniej o takie powiązania, niemniej tytuł mocno nadrabia tu oprawą, prezentując na kafelkach lasu plejadę znanych z opowieści postaci.

Pod względem mechaniki mamy tu do czynienia z kolejną wariacją na temat leciwego już „memory”, co automatycznie podnosi moje oczekiwania wobec danego tytułu. Z pewnym zaskoczeniem muszę przyznać, że w tej kwestii gra nie wypada może źle, jednak to jak opisana regułami idea sprawdza się w praktyce, niespecjalnie odpowiada pozycji kierowanej – przede wszystkim – do młodszego odbiorcy. Pozwólcie, że wyjaśnię …

Otóż przygotowując grę wpierw tworzymy składający się z dziewięciu żetonów krzyż, będzie to tor patrolowy dla latającej w swym kotle Baby Jagi. Pomiędzy ramionami krzyża umieszczamy pozostałe żetony – te symbolizują las, w którym nasze dzielne dzieciaki – w myśl słów załączonej bajki – postarają się poszukać składników, niezbędnych do pokonania staruchy (celem jest rzucenie 3 zaklęć). Zaklęcia staramy rzucić poprzez odnalezienie w lesie 3 symboli składników, odpowiadających kartom otrzymanym na starcie rozgrywki. Jeśli się to uda, karty wprowadzą do gry efekty pomagające nam lub uprzykrzające życie innym.

By jednak nie było zbyt łatwo, na czas naszej tury pozostali gracze wcielają się w rolę garbatej przeciwniczki, drastycznie ograniczając nasz czas na odkrywanie kolejnych kafli lasu. Jedna tura trwa bowiem do momentu, w którym gracze zdążą – w naprzemiennych ruchach – przemieścić pion Baby Jagi kolejno przez płytki patrolowe, co w zależności od liczby grających trwa dłuższą lub krótszą chwilę. W praktyce wspomniana mechanika generuje sporo negatywnych emocji, gdyż przeciwnicy zazwyczaj pędzą z przestawianiem staruchy z prędkością i zaangażowaniem godnym kata. Oczywiście nadal mamy tu do czynienia z ćwiczeniem spostrzegawczości i pewną formą poligonu dla działań pod presją, jednak wśród znajomych dominowała opinia, że tytuł ten wyzwala w dzieciach zbyt wiele niepotrzebnych złośliwości. Starsi naturalnie zniosą to znacznie lepiej, jednak ich znów może dość prędko znużyć forma rozgrywki.

Nie myślcie jednak, że jest to tytuł zły do szczętu – nic bardziej mylnego – wymaga świadomego podejścia do prezentowanej mechaniki, którego niejednokrotnie brakuje, gdy rozgrywka toczy się wyłącznie wśród dzieci. Babę Jagę mogę więc polecić, jeśli do stołu zasiądzie również rodzic – mający świadomość możliwości swych pociech i odpowiednio miarkujący generowane mechaniką emocje (np. poprzez miarowe przemieszczanie pionu Baby Jagi).

+ wizualne odniesienia do opowieści

+ bardzo proste zasady

+ urozmaicające grę zaklęcia

+/- ciekawe podejście do ogranego motywy „memory”… ale to nadal memory

+/- specyficzna dynamika rozgrywki, może generować negatywne emocje

– słaba skalowność (wpływ na prędkość przestawiania Baby Jagi)

Ocena: 6/10

Tom III – Żółw i Zając

Ostatnią odsłoną w dotychczas wydanej serii, a zarazem pierwszym tytułem po jaki sięgnęliśmy – w dużej mierze z sentymentu do bajek Ezopa – była gradaptacja opowiastki „Żółw i Zając”. Naszych młodszych współgraczy już na wstępie zaskoczyła nieco szersza plejada dostępnych bohaterów, gdyż w przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru, tu w gonitwie – poza tytułowym żółwiem i zającem – udział bierze także wilk, owca oraz lis. Zabieg ten wzbudził ożywione zainteresowanie najmłodszych, my zaś – po zapoznaniu się z zasadami – doceniliśmy ich wierność z bajkowymi wizjami poszczególnych zwierzaków. Zając jest pewnym siebie pyszałkiem, żółw powoli i uparcie dąży do celu, wilk straszy, owca nie grzeszy intelektem, a lis wykorzystuje wszystkie środki, by wygrać.

Wiedząc już, że zabawa oddaje ducha oryginału – przyjrzymy się jej faktycznemu przebiegowi. Żółw i Zając – jak nie trudno się domyślić – jest grą wyścigową, jednakże – ku uciesze starszych graczy – doprawioną szczyptą hazardowego zacięcia i blefu. Wraz początkiem każdej partii w sekrecie ustalamy, którym zwierzakom powinniśmy tym razem pomóc w sięgnięciu po laur zwycięstwa, a zatem późniejsze starania będą jedynie próbą realizacji tegoż celu.

Rozgrywka przebiega na przygotowanym wcześniej torze, po którym – dzięki naprzemiennie zagrywanym przez graczy kartom – drewniane figurki zwierzaków będą zmierzać ku mecie. Jak wspomniałem każdy uczestnik wyścigu porusza się nieco inaczej – wymagając do tego innej liczby kart, a także przemierzając jednorazowo różną liczbę pól. Ich postęp na torze zależy więc od tego, ile przypisanych im kart gracze zdecydują się zagrać w danej rundzie. W przypadku niektórych zwierząt istotna jest również aktualna pozycja w peletonie, zaś pozostałe prą do przodu bez względu na wszytko. To właśnie te drobne zależności sprawiają, że do gry wkrada się nadmieniony element blefu i rywalizacji. A to zagramy karty danego zwierzaka, by ten w wyniku ruchu stracił przewagę pozycji, a to dla zmyłki delikatnie damy fory przeciwnikowi, by za chwilę uderzyć z pełną siłą – kombinowania jest całkiem sporo, jak na zaledwie pięć typów kart.

Z powyższego powodu to właśnie Żółw i Zając spotkał się z największym zainteresowaniem starszych graczy, którzy – mimo występującej losowości – docenili „pokerową” atmosferę i posiadanie pewnego wpływu na rozgrywkę. Jest to niezaprzeczalnie najbardziej złożona z trzech, aktualnie dostepnych odsłon serii, jednakże – dzięki nieco spłyconemu wariantowi podstawowemu – w rozgrywce mogą  z powodzeniem uczestniczyć również młodsi gracze. Dynamiczna, obfitująca w wybuchy śmiechu, a przy tym krótka gonitwa sprawiły, że chcieliśmy stawać do wyścigu co najmniej kilka razy z rzędu w czasie jednego wieczora. Jeżeli zatem szukacie dobrej i niezbyt trudnej imprezki, która posłuży zarówno Wam, jak i waszym pociechom – Żółw i Zając będzie najlepszym wyborem.

+ zróżnicowane zasady ruchu zwierzaków

+ zachowanie ducha pierwowzoru

+ dynamiczna i krótka rozgrywka

+ bardzo duża regrywalność

+ wesoła atmosfera w czasie partii

– losowość czasami daje się we znaki

Ocena: 9/10
(oraz miejsce wśród naszych ulubionych imprezówek!)

Wykonanie prawie jak z bajki

Być może zastanawiacie się dlaczego nie wspomniałem dotychczas o wykonaniu żadnej z recenzowanych gier? Otóż dlatego, że w przypadku każdej z nich stoi zasadniczo na dość równym poziomie, stąd dwa słowa napisze tutaj – w zbiorczym podsumowaniu. Grafiki są dosłownie bajeczne, jakość materiałów w większości bardzo dobra, a pudełka pięknie prezentują się na półce. Na każdym kroku odkrywamy nowe detale nawiązujące do opowiadań, ba – nawet pion czarownicy z „Baby Jagi” swą matrioszkową formą odwołuje się do rosyjskiego rodowodu opowieści.

Na uwagę zasługują również krótkie wersje tytułowych bajek, załączone w formie niewielkich książeczek – miły akcent, który pozwala jeszcze lepiej wczuć się w klimat zabawy.

Niestety nie mogę powiedzieć, że gry te są wykonane perfekcyjnie, gdyż wszystkie i każda z osobna borykają się z  pewnymi problemami. Podstawowym jest zawodne, magnetyczne zamkniecie pudełek, które niejednokrotnie puszcza pod naporem elementów, owocując ich rozsypaniem – np. w trakcie transportu (szczególnie dokucza to w przypadku Baby Jagi). Tekturowa meta z „Żółwia i Zająca” ledwo trzyma się w stojaku, zaś wskazówka „wilczego koła fortuny” z Trzech Świnek w wielu egzemplarzach skutecznie opiera się naszym „Chuchom i Dmuchom” (polecamy wtedy kontakt z wydawcą). Być może puściłbym te drobne uwagi w niepamięć, gdyby nie dość wygórowana cena opasywanych gier, która automatycznie nieco podnosi moje wymagania – jako recenzenta.

Ogólnie więc wystawiam wykonaniu ocenę 8, co oznacza że jest bardzo dobrze, jednak do ideału trochę brakuje.

Podsumowanie

Klasyczne bajki zajmują miejsce szczególne tak w mojej pamięci, jak i biblioteczce. Stąd też, możliwość sprawdzenia serii „Bajkogry” przywitałem z zaciekawieniem, nie mniejszym od nieco młodszych testerów. Rozgrywkom, kilkukrotnie poprzedzonym wspólnym odczytywaniem bajek, w znakomitej większości towarzyszył śmiech i radosna atmosfera, co z perspektywy podejmowanego tematu jest chyba najlepszą rekomendacją.

Oczywiście trudno wyrokować, czy seria zachowa wysoki poziom przy kolejnych – zapowiedzianych już odsłonach (Konik Polny i Mrówka, Czerwony kapturek, Szczurołap), jednak nawet tytuły słabsze (Baba Jaga) okazują się w jej przypadku całkiem niezłe, zatem i w stosunku do nowości pozostaję dobrej myśli. Jak pewnie zauważyliście, wybór konkretnej „bajkogry” zależy w dużej mierze od potrzeb i upodobań młodszych graczy, zatem zachęcamy by przynajmniej sprawdzić również potencjalnie słabsze pozycje – a nuż przypadną Wam do gustu. Na naszej półce z pewnością pozostaje Żółw i Zając, jako odsłona najbardziej uniwersalna, Świnki odłożymy na okazje spotkań z dziećmi, a i los Baby Jagi nie jest jeszcze przesądzony – kto wie może zrehabilituje się w innej grupie. Jednym słowem – polecamy – tak przeczytać, jak i zagrać.

Dziękujemy wydawnictwu 2Pionki za udostępnienie serii do recenzji.