Potwory w Tokio: Doładowanie – Napromieniowana (r)ewolucja!

Nigdy nie byłem wielkim fanem Kaijū i pozostałych bestii rodem z srebrnego ekranu. Sięgając pamięcią wstecz, ku produkcjom o podobnej tematyce, zdecydowanie najmilej wspominam serię Neon Genesis Evangelion, zaś wśród najnowszych dokonań nie mogę wprost doczekać się drugiej odsłony Pacific Rim. To jednam mniej więcej wszystko.
Między innymi ta obojętność na gatunek spowodowała, że swego czasu zupełnie zignorowałem serię „King of …”, pozbawiając się przy tym możliwości poznania, jednej z najlepszych gier imprezowych ostatnich lat. Na moje szczęście gusta – tak jak i wielkoekranowe monstra – mają tendencję do ewoluowania!

Jak już zdążyłem wspomnieć, Potwory w Tokio nie miały łatwej drogi na nasz stół. Słaby wariant dwuosobowy i średnio odpowiadająca nam tematyka, przez dobre dwa lata walczyły z zafascynowaniem oprawą i osobą autora. Ostatecznie o zakupie zadecydował dodatek, i to nawet nie ten, który mam Wam dziś przyjemność przedstawić, a niewielkie pudełeczko opatrzone dopiskiem „Collector Pack 1”, w całości poświęcone tematyce Halloween. Fioletowy Boogey Woogey w zawadiackim cylindrze i ciskający kulami ognia Dyniogłowy z marszu podbili nasze serca. Nie było rady, nabyliśmy ów pakiecik wraz z grą podstawową i od tamtego czasu regularnie dewastujemy stolicę kraju kwitnącej wiśni…

Zastawmy jednak za sobą, te historyczne już wynurzenia i przenieśmy się z powrotem do dnia dzisiejszego, kiedy to na planszówkowej półce mamy już pełnoprawne polskie wydanie Potworów w Tokio, do którego nie tak dawno dołączył pierwszy, a zarazem najciekawszy pod względem zawartości, dodatek – Doładowanie (Power up!).

Napromieniowana (r)ewolucja!

Po rozegraniu kilkudziesięciu partii w podstawowe Potwory, brakowało mi właściwie tylko jednego – specjalnych zdolności dla każdego z wojowników. Nie mogłem odżałować, że mój ulubiony Meka-Dragon, by strzelać laserami ze swych robotycznych oczu, musi wpierw uciułać nań obfitą sumkę energii, a następnie liczyć na to, że odpowiednia karta pojawi się pośród tych dostępnych do zakupu. Wiedzieliśmy już wtedy o rozszerzeniu Power Up!, ba specjalne Halloweenowe monstra posiadały nawet komplet niezbędnych kart, jednak dla wielu z naszych współgraczy poważną barierę stanowił tu język obcy, skutecznie utrudniający rozgrywkę. I kiedy już wycinaliśmy chałupniczo wydrukowane spolszczenie upragnionego dodatku, okazało się, że oto Egmont wypuszcza go na nasz rynek w oficjalnej polskiej edycji. Jako pospiesznie nawrócony entuzjasta serii, nie mogłem sobie odmówić okazji do napisania kilku zdań o tym fantastycznym rozszerzeniu.

Wątpię, by tekst ten zainteresował kogoś, kto podstawowych Potworów nie zna, jednak nie chcąc postawiać i takich osób zupełnie na lodzie – w telegraficznym skrócie – przypomnę, na czym polega rozgrywka w tej niezwykle dynamicznej grze imprezowej. Otóż wcielamy się w role najróżniejszych monstrów rodem z filmów klasy Z i jak to monstra, okładamy się czym popadnie na tle urokliwej scenerii, popadającego w ruinę miasta. Areną naszych zmagań jest niewielka plansza reprezentująca centrum Tokio, której jak najdłuższe okupowanie przybliża nas do zwycięstwa… oraz śmierci, gdyż stojąc pośród zgliszczy wystawiamy się na ataki – nie mniej żadnych chwały – przeciwników. W ten oto sposób na przemian lądujemy w Tokio miotając czym popadnie we wrogów lub uciekamy z podkulonym ogonem przez nich przegonieni.

Sednem rozgrywki jest szacowanie ryzyka związanego z pozostawaniem na planszy, które wpisane jest w kościany charakter zabawy. To dzięki specjalnym kościom i ich wielokrotnemu przerzucaniu, uzyskujemy symbole niezbędne do ataku, kumulacji energii potrzebnej do zakupu kart ulepszeń, a także leczenia i zdobywania dodatkowych punktów. Oczywiście wszystko to jest dość mocno losowe, jednak w ferworze pojedynku zupełnie nikt się tym nie przejmuje. Kiedy jednak stoczymy takich pojedynków kilkadziesiąt, czegoś powoli zaczyna brakować. Dostrzegamy, że potwory choć wizualnie odmienne, mechanicznie niczym się miedzy sobą nie różnią i mimo, iż każdy ma swojego ulubieńca, to chciałoby się, by ten mógł od czasu do czasu przywalić czymś ekstra.

Taką możliwość daje doładowanie, pozwala wyzwolić – w postaci kart ewolucji – wewnętrzny potencjał każdej z karykaturalnych bestii. Wszystkie potwory, w tym również wprowadzony za sprawą recenzowanego dodatku, demoniczny Pandakai, otrzymały po 8 kart z własnymi, wyjątkowymi zdolnościami. Tych 56 niewielkich, kwadratowych kartoników za jednym zamachem łata wszystkie drobne niedoskonałości oryginału. Koronną zaletą jest tu istotne zwiększenie różnorodności partii. Od teraz potwory kradną sobie punkty zdrowia i zwycięstwa, potrafią uzyskać dodatkowe tury, symbole na kościach lub same kostki, a nawet modyfikują zasady wchodzenia/wychodzenia z Tokio. Jest tego całe mnóstwo i co istotne, wszystkie zdolności świetnie wpisują się w charter postaci, zarówno od strony działania, jak również humorystycznych nazw. Pamiętajcie jednak, że tak wielka różnorodność nowych zdolności niesie za sobą – drobną, lecz zauważalną komplikację rozgrywki, która dla geeków będzie czymś absolutnie naturalnym, jednak osoby starsze lub nowe w hobby może już lekko przytłoczyć. Nie uważamy, by fakt ten powinno się policzyć za wadę rozszerzenia, lecz wypada jasno podkreślić, że karty ewolucji, to kolejny pokryty tekstem element, którego działanie należy stale kontrolować podczas partii.

Charakteryzując nowe możliwości trzeba obowiązkowo wspomnieć o sposobie zagrywania kart ewolucji, który to znacząco podnosi przydatność symbolu serca na kościach. Niegdyś, przebywając na planszy, potwór mógł niemal wyłącznie atakować, teraz otrzymuje możliwość ewoluowania, poprzez zużycie trzech symboli serca. Nareszcie, nieprzydatny wcześniej symbol, nabrał znaczenia w czasie okupowania miasta. Zdobywać kolejne ewolucje możemy też poza Tokio, co ponownie bardzo pozytywnie wpływa na dynamikę rozgrywki, pozwalając rannej bestii na uzyskanie zdolności, jako dodatek do symboli leczenia – zamiast marnować turę, przygotowujemy się do odwetu.

Dodatkowo – chcąc nadać rozgrywce nieco bardziej strategicznego wymiaru – autor oddał w ręce graczy kilka alternatywnych sposobów dystrybucji kart przed lub w czasie partii. Wedle uznania możliwy jest draft kart przed partią (w stylu 7 Cudów Świata), rozpoczęcie z 1 kartą na ręce lub wybieranie z 2 w momencie zagrania. Każdy z wymienionych pozwala w nieco inny sposób, delikatnie zapanować nad losowością, nie burząc przy tym imprezowego charakteru rozgrywki.

Ostatnim, lecz dla wielu nie mniej istotnym element recenzowanego dodatku, jest postać nowego potwora – czyli wielka, demoniczna Panda dzierżąca w łapie pęd bambusa +10 GMO. Z takim obrońcą ten ginący gatunek czeka świetlana przyszłość, zaś nas cóż – Pandakalipsa, jak sądzę.

Wykonanie, czyli w Tokio bez zmian.

Od strony wizualnej dodatek prezentuje się tak dobrze, jak i podstawowa gra. Karty poszczególnych potworów nawiązują kolorystycznie do swych właścicieli, zaś Pandakai wygląda nie mniej groźnie od starszych kolegów. Na plus należy policzyć również niewielkie pudełeczko dodatku – dobrze, że chociaż niektórzy wydawcy nie popadają w megalomanię.

Karty, bo tylko w ich przypadku jest sens pisać o jakości, wykonano z dość giętkiej, lecz dobrze lakierowanej tektury, co powinno pozwolić przetrwać im sporą liczbę rozgrywek, szczególnie, że sposób ich użycia nie wymaga ciągłego trzymania w ręce.

Podsumowanie – Z każdą kartą coraz lepiej!

Pierwsze rozszerzenie Potworów w Tokio reprezentuje najlepszy typ dodatków – wnosi wiele świeżości, robiąc to w sposób naturalny i niewymuszony. Nam wzbogacona rozgrywka przypadła do gustu tak bardzo, że raczej nie rozegramy już kolejnych partii bez doładowania. To dzięki nowym kartom nareszcie odczuwamy, że kierowana przez nas bestia ma własną tożsamość i nie jest jedynie kolorową figurką, pod każdym – poza wizualiami – względem podobną do pozostałych. Oczywiście poszerzony wachlarz zagrań to także niewielki wzrost komplikacji zasad, jednak świetnie współgrająca z tematem możliwość ewoluowania podczas partii, skutkująca co rusz – na przemian – salwami śmiechu i okrzykami triumfu w zupełności wynagradza kilka dodatkowych chwil tłumaczenia.

+ karty ewolucji znacznie urozmaicają rozgrywkę

+ dodatkowy walor taktyczny

+ humor!

+ nowy bohater 

+ 3 grywalne warianty

+/- nieco podnosi poziom komplikacji zasad

Zniszczenia poczynione przez doładowane potwory szacujemy na 9/10

Wstrząsająco dobry dodatek!

Dziękujemy wydawnictwu EGMONT za przekazanie polskiej edycji dodatku do recenzji.